Kuchnia PRL-u
Gastronomia PRL-u
Sztuka kulinarna – utożsamiana z klasami uprzywilejowanymi w realnym socjalizmie została zastąpiona wiedzą o tzw. odżywianiu. Wszak je się po to aby żyć, a nie żyje żeby jeść. Obowiązujące stało się wyszydzanie wszystkiego co w kuchni wyrafinowane. Na zamówienie władzy powstawały felietony i wierszyki wyśmiewające wykwintną kuchnię ziemiańską i zepsutą zachodnią cudzoziemszczyznę. Trochę tej maniery zostało nam do dziś. W książkach kucharskich i poradnikach w owych czasach nastąpiła obsesja opisywania potraw w kategoriach ich wartości odżywczych i zdrowotnego oddziaływania wszystkich produktów. Zamiast smaczne wszystko musiało być pożywne i zdrowie.
Karma stołówkowa i jej konsekwencje
Całe pokolenie chowane w przedszkolach i stołówkach szkolnych kształtowało swoje gusta kulinarne na obrzydliwie mdłej kuchni skomponowanej według receptur „dietetyków”, którzy uważali obecność przypraw w jedzeniu dla dzieci za rzecz szkodliwą, a im bardziej jedzenie rozgotowane – tym lepiej strawne (dla przeciętnego Włocha czy Francuza zabrzmi to jak horror). Nie przeszkadzało to pakować do każdej „jarzynki”, omletów, jajecznicy mąki lub gęstej mącznej zasmażki, często z grudami – co czyniło chociażby ze szpinaku (bez dodatku czosnku) rzecz niejadalną, choć niewątpliwie pożywną!!! Stąd pokutujące do dziś przekonanie, że szpinak jest fe!
Trudności z zaopatrzeniem
Ze sklepów i z domów znikły typowe niegdyś dla polskiej kuchni dodatki: oliwa z oliwek, kapary, oliwki, filety anchois, przyprawy, takie jak świeże zioła za wyjątkiem natki pietruszki i koperku. W warzywniakach królowała kapusta, włoszczyzna, ziemniaki, buraki i cebula. Nie było brokułów, cukinii, bakłażanów. Pomarańcze czy mandarynki stanowiły nie lada rarytas.
Podobne artykuły: | Polecamy: |



